Dokładnie dnia 26.02.2009 roku urodził się mój długo oczekiwany synek Franciszek...
A było to dokładnie tak :
Rano 26.02.2009 miałam się zgłosić do Szpitala klinicznego dzieciątka Jezus, w celu obserwacji ciąży, miałam zostać tam już do końca, no i oczywiście zostałam, tylko nikt nie myślał, że koniec czyli rozwiązanie nastąpi jeszcze tego samego dnia.
około godziny 12.00 zostałam przydzielona do łóżka na oddziale patologi ciąży celem monitorowania akcji płodu, ponieważ było podejrzenie złych przepływów pępowinowych co mogło doprowadzić do obumarcia płodu. Jeszcze przed samym położeniem, zostałam poddana badaniu usg dopplerowskiemu, który miał wykazać nieprawidłowości związane z tymi przepływami, jednak badania wyszły dobrze. Przez co mój lekarz prowadzący zaczął się poważnie zastanawiać czy mnie jednak nie odesłać do domu. Ja jednak się uparłam, ponieważ już się trochę bałam o życie mojego maluszka ze względu na zły wynik KTG poprzedniego dnia, kiedy to już tego dnia miałam zostać w szpitalu, niestety nie było dla mnie miejsca.
Całe szczęście mój upór nie poszedł na marne. Lekarz zlecił monitorowanie dziecka zapisami KTG 3 razy dziennie. Zapisy zaczęły się od razu jak przyszłam na sale. Pierwszy wynik od razu mi się nie podobał, ale pielęgniarka zapewniła mnie, że jest wszystko w granicach normy. Po drugim KTG zaczęłam się trochę niepokoić bo wyszedł podobnie. Przez co lekarze kazali być mi naczczo następnego dnia od rana, w razie potrzeby zrobienia cesarki. Pech chciał, że już 3 zapis wyszedł fatalnie, pielęgniarka zaniosła zapis do lekarzy po czym przyszła i kazała iść na zrobienie dokładniejszych zapisów KTG na oddział położniczy. Tam leżałam około 2 godzin. W między czasie co chwila wchodził lekarz i mówił, że jest źle i prawdopodobnie będzie jeszcze dzisiaj cięcie. Niestety,jedyną i największą przeszkodą w zrobieniu cesarskiego cięcia było to, iż byłam strasznie najedzona. Lecz stan płodu był na tyle zły, że jednak zdecydowali się na cesarkę.
Najpierw wbili mi welfron, co dosyć bolało, biorąc pod uwagę fakt, iż nie lubię wbijania igieł i jakich kolwiek badań związanych z igłą, było to dla mnie dosyć duże przeżycie. Porównując wbijanie welfronu a już samo cięcie, wbijanie jest dużo gorsze ;D. Do nie najprzyjemniejszych rzeczy należy też cewnikowanie, jednak jest to dosyć istotna sprawa przy cesarskim cięciu. Nie czujesz nic prawie od szyi w dół, więc chyba lepiej jest mieć cewnik niż "lać pod siebie".
Sama cesarka przebiegała całkiem sympatycznie, jakież było moje zadowolenie i zdziwienie jednocześnie kiedy stwierdziłam, że nie czuję nóg i nie mogę nimi za cholerę ruszyć, dosyć niesamowite uczucie. Ale na dłuższą metę oczywiście nie jest to fajne.
Dosyć dużym zaskoczeniem było dla mnie to, iż lekarze operujący mnie, nie byli jakimiś starymi weteranami, lecz byli to młodzi ludzie jeszcze przed trzydziestką, no może niektórzy trochę po. Ale na pewno anastezjolog miał nie więcej jak 28 lat. Notabene bardzo sympatyczny. Atmosfera na sali była dosyć ciekawa, w pewnym momencie zaczęli mówić o jakiś panienkach, o dyskotekach itd... Więc sami możecie stwierdzić, że stres związany z operacją, w moim przypadku nie był obecny.
A po wszystkim zdjęcie stołu i jazda na sale pooperacyjna na tzw. POP.
Pobyt na POPie też wspominam dosyć miło, była tam tylko jedna pielęgniarka, w związku z tym, iż była to nocna zmiana, przypominam Franek urodził się dokładnie 23.55... heheh... jeszcze trochę i byłby urodził się 27.02.2009.
Najgorsze było pierwsze wstanie z łóżka i pójście pod prysznic, jest to nie wyobrażalny ból, który trwa do dzisiaj, oczywiście w mniejszym stopniu ale i tak poruszać zbytnio jeszcze się nie mogę.
27.02.2009 roku o godzinie 16.00 byłam już na sali z innymi pacjentkami gdzie mogli przychodzić mężowie w odwiedziny. Mój Krzysiek przyjechał jeszcze na poród, tzn chciał ale nie zdarzył... jednak 50 km musiał przejechać a ja dałam mu znak jak mnie zabierali na operacyjną. Przyjechał od razu po tym jak mnie zawieźli na POP. Zobaczył Franka i pojechał do rodziców do Ursusa spać. Przyjechał następnego dnia, niestety nie byłam w stanie normalnie z nim rozmawiać, ból na to nie pozwalał, najmniejszy ruch powodował ogromny ból. Na szczęście z każdym dniem było i jest coraz lepiej.
środa, 4 marca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz